Urodził się w Kostuchnie, a w polskiej lidze prowadził do zwycięstw GKS Katowice. – Było nas dziewięcioro w rodzinie. Była bieda, więc dzieliliśmy dwa pokoje. Ja akurat byłem najmłodszy z pięciu braci i musiałem sobie jakoś radzić. Wszystko zaczęło się od podwórka. Musiałem pomagać braciom, bo jak graliśmy za garażami, to nikt za mną nie nadążał. Z czasem trafiłem do klubu z Kostuchny. Na początku miałem pewne problemy, bo byłem jeszcze za młody na grę i nie za bardzo chcieli mnie wpuszczać na boisko – wspomina.

W 1986 roku Furtok spełnił jedno ze swoich piłkarskich marzeń i pojechał z drużyną Antoniego Piechniczka na mistrzostwa świata do Meksyku. Zagrał w jednym, przegranym meczu z Brazylią (0:4).

– Zapamiętałem ten mundial przede wszystkim z powodu upałów, które panowały w Meksyku. Pamiętam też, że nie mogliśmy wtedy wychodzić na zewnątrz. Wyjścia z hotelu pilnowali faceci z karabinami i tylko raz udało nam się wyjść na miasto, ale oczywiście w ich asyście. W samym turnieju za wiele nie grałem, bo trener stwierdził, że ma grać Darek Dziekanowski. Praktycznie cały czas siedziałem na ławce. Dopiero podczas meczu z Brazylią trener Piechniczek pozwolił mi wejść na boisko. Zapamiętałem zdanie, które wtedy powiedział –

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej