Judyta Watoła: Co pana skłoniło do odchudzania?

Henryk Mercik: Zdrowie. Poszedłem na badania okresowe i okazało się, że mam wysoki cukier. To była podstawowa motywacja.

A ile pan już schudł?

– Od września zeszłego roku kilkanaście kilogramów. Ważyłem ponad 100, w porywach nawet 106. Czuję różnicę. Dieta i ruch – nie jest to odkrywcza recepta, ale działa. Spacer albo rower, zimą też. Trzeba się ruszać, a ja odkąd skończyłem studia, to siedziałem, najpierw za deską kreślarską, potem za biurkiem.

Wcześniej udawało się panu coś zrzucić?

– Odchudzam się pierwszy raz w życiu, to nie jest takie trudne. Zacząłem od wizyty u fachowca, czyli u dietetyczki. Dla własnej wygody poszedłem z żoną, która dzielnie zapisała wszystkie wskazówki i według tego teraz gotuje. Wszyscy jemy to samo, ale moi synowie dopychają się słodyczami. Są ekstremalnie chudzi, jak ja w ich wieku.

Dziś chudych dzieci jest mało, nie to co kiedyś...

– Jak byłem mały, to każdy, kto miał chude dziecko, w kółko myślał, jak je utuczyć. Radziły nad tym babcie i ciotki. Chudość była dla mnie jakimś dyskomfortem. Jeszcze na studiach to przeżywałem.

Ile pan wtedy ważył?

– 56 kilogramów.

Szkielet!

– No właśnie! Jak zaczynałem studia na Politechnice Śląskiej, musieliśmy przejść badania. Lekarz – jak sobie przypominam mężczyzna starej daty – powiedział mi, że wyglądam źle. Poradził, żebym jadł dużo i tłusto. Wziąłem to sobie do serca, ale wcale nie zacząłem od razu jakoś strasznie tyć. Uwielbiałem jeździć na rowerze. Co weekend robiliśmy sobie wycieczki po Jurze, po naszych miastach, tak żeby skończyć gdzieś w Parku Śląskim.

Potrafiłem też pojechać rowerem z Chorzowa na zajęcia do Gliwic, a nie było wtedy ścieżek rowerowych. Wolałem rower od autobusu, bo nie chciało mi się iść na przystanek.

To był Orkan, kolarzówka, do dziś na chodzie.

Człowiekowi się wtedy wydawało, że ma całkowitą swobodę w jedzeniu i tak już będzie zawsze. Owszem, było dobrze, dopóki rower był jedynym środkiem transportu, jakim dysponowałem. Potem poszedłem do pracy i kupiłem pierwsze auto.

Inne rzeczy też się zmieniły, bo jak się jest młodym, to czy się zje, czy nie, ma to mniejsze znaczenie. Na dodatek człowiek jest wtedy ciągle w ruchu, na wszystkich poziomach edukacji ma też wuef. Dorosły ma mniej ruchu, za to bardziej pilnuje regularnych obiadków.

Ciężko było podjąć wyzwanie?

– Przestawienie się na inne produkty wbrew pozorom nie jest aż takie trudne. Masło zamieniłem na oliwę, jogurt owocowy na naturalny. Jem więcej ryb, za to o sosach i kluskach już prawie zapomniałem.

Najwięcej kosztowało mnie wyrzeczenie się słodyczy, ale problemem jest dziś w ogóle eliminowanie cukru z jadłospisu.

Znalezienie w tym świecie czegoś bez cukru – obojętnie jogurtu czy kiełbasy – graniczy z niemożliwością. Przestałem słodzić kawę. Akurat to było zaskakująco łatwe. Gdyby przyszło mi zrezygnować z kawy, byłby dramat, bo jestem z typowej śląskiej rodziny, wychowany w kulcie kawy. Ale gorzka też jest niezła.

Nasza wspólna akcja „OdWAŻsię” ma zachęcić ludzi do odchudzania. Co by im pan powiedział?

– Właśnie tyle: żeby się odważyli odchudzać i więcej ruszać. To nie jest takie trudne. Mamy na Śląsku strasznie kiepski styl życia. Mało się ruszamy. Większość zamiast wsiąść na rower, albo przynajmniej pójść piechotą na przystanek i pojechać autobusem, woli wsiąść do auta.

Jesteśmy uzależnieni od samochodów.

– Oczywiście, gdyby była przyjazna infrastruktura, dużo więcej ludzi korzystałoby z roweru jako środka dojazdu do pracy. Bo jeżeli człowiek ma się przeciskać rowerem wśród samochodowych spalin, to już woli wsiąść w samochód. Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni i przybędzie nam ścieżek rowerowych. Mamy pomysł na politykę rowerową.

Jaki?

– Wykorzystanie infrastruktury związanej z przemysłem. Na naszych oczach likwidowane są linie wąskotorowe, którymi kiedyś – czyli w czasach, kiedy węgla nie wydobywało się metodą na zawał, tylko na podsadzkę – dowożono piasek do kopalń. Wymieszany z wodą służył do wypełnienia nieczynnych wyrobisk.

Te linie nie będą już wykorzystywane. Jeśli teren z taką linią kupuje deweloper, od razu rozbiera tory i buduje swoje domy. Ale jest jeszcze sporo tras do uratowania. Mają tę zaletę, że kolej nie lubi spadków i wzniesień terenu, więc albo robiło się nasypy, albo obniżało teren pod tory, tworząc w nim rodzaj korytarza. A jazda po płaskim terenie jest bardziej atrakcyjna dla wielu rowerzystów, zwłaszcza jeśli na wycieczkę wybierze się rodzina z dziećmi.

Jest jeszcze inna korzyść z tego pomysłu. Chodzi o to, by uratować obiekty inżynieryjne, wiadukty czy mosty, które są najczęściej rozbierane jako pierwsze. Mamy kilka takich przykrych dziur. W Katowicach nad aleją Roździeńskiego w okolicach Ikei była kładka wąskotorówki. Niedawno ją rozebrano, a można było wyremontować. Ulica jest ruchliwa, można by było przejechać nad nią rowerem, ale miasto jakoś na to nie wpadło.

Naprawdę nie musimy budować wszystkiego od zera, jest sporo tras do wykorzystania. Sam jechałem niedawno dawnym szlakiem wąskotorówki z Muzeum Śląskiego do Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. Jedzie się bardzo przyjemnie, chociaż nie ma dobrej nawierzchni.

Ile jest kilometrów takich tras?

– Mamy 280 km sprawdzonych szlaków, z czego 120, może 140 km tych linii nadaje się do adaptacji na ścieżki rowerowe. Pozostałe są w złym stanie albo sprawa własności jest skomplikowana.

Najważniejsze, że tych 120 km jest położonych w centralnej części województwa. Mysłowice można by połączyć trasą z Piekarami Śląskimi, a stamtąd jechać na południe w kierunku Gliwic, Raciborza i Pszowa.

Na trasie z Miasteczka Śląskiego do Czeladzi też są dogodne, długie odcinki. Trzeba by je połączyć.

Ile by to kosztowało?

– W zależności od tego, ile prac trzeba wykonać, od 300 do 500 tysięcy złotych za kilometr. Teraz to są szutrowe drogi, a na rowerze najlepiej jeździ się po gładkiej nawierzchni. Jest też łatwiejsza w utrzymaniu, bo żwir się rozjeżdża. Ścieżki wybrukowane kostką też nie są tak dobre jak asfalt. Pieniądze mogłyby pochodzić z funduszy unijnych. Szlaki są w różnych gminach, ale mamy przecież metropolię. Stworzenie takich rowerowych autostrad mogłoby być wspólnym przedsięwzięciem województwa i metropolii.

Nie taniej wybudować nowe trasy?

– 300 tysięcy złotych za kilometr ścieżki to nie aż tak dużo. Poza tym dziś w gminach zazwyczaj prowadzi się ścieżkę rowerową równolegle do drogi, często bardzo ruchliwej. Tu rowery, a zaraz obok samochody. Nie jest to komfortowe dla rowerzysty.

A tutaj mamy trasy położone niemal w centrach miast, ale nigdzie nie jesteśmy w sąsiedztwie ruchliwej drogi. Z centrum Katowic do centrum Bytomia przejeżdżamy sobie na przykład przez Żabie Doły. Dużo przyjemniej niż zwykłą ulicą. Dlaczego nie zachęcić ludzi, żeby dojeżdżali tak do pracy? Teraz nie ma przyjaznej infrastruktury, żeby korzystać z roweru na co dzień. Ale gdy stworzymy nowe trasy i jeszcze połączymy je z miejskimi drogami rowerowymi, co gdzieniegdzie nawet już jest, sytuacja się poprawi.

I schudniemy?

– Przynajmniej będziemy mieli więcej ku temu możliwości.