Wszyscy znamy dziwy natury i wyobraźni, monstra i potwory, stworzenia hybrydyczne, a przynajmniej zwierzęta heraldyczne. Gryfy, syreny, nimfy wodne i leśne, rusałki o dwuznacznym wdzięku, satyry, a nawet harpie, gorgony i smoki widujemy na ilustracjach książkowych czy na obrazach starych – i nowych – mistrzów. Spotykamy się z nimi w romantycznych balladach, niesamowitych opowieściach, opisach podróży do krain, o których nie śniło się filozofom, i wreszcie – w sennych marzeniach.

Z istnieniem smoków już się pogodziliśmy

Znamy te niezwykłe istoty, bywa, że je podziwiamy, a nawet w pewien osobliwy sposób lubimy. Obserwujemy je ze zdziwieniem, zaskoczeniem, a bywa, że i ze strachem. Ale jest to specjalny i specyficzny rodzaj strachu – bardziej dreszczyk emocji niż drżenie kolan. Bardziej ciekawość („A któż to coś takiego wymyślił...!”) niż lęk. Zresztą – trudno przedstawić sobie większy majestat niż ten, który uosabiają gryfy lub uskrzydlone lwy trzymające w szponach tarczę herbową. Z istnieniem smoków pogodziliśmy się już dawno. Niektórzy zdołali się nawet z nimi zaprzyjaźnić.

Tak – bez wątpienia istnieją rzeczy, przedmioty, zjawiska i stworzenia niezwykłe, pochodzące najpewniej z innego wymiaru, z innej rzeczywistości. Pozostające daleko, poza granicami naszej pospolitej codzienności. Sny, marzenia i stare książki to potęga. Ale czy takie wspaniałe hybrydy, boskie monstra, zachwycające potwory można znaleźć gdzieś w pobliżu? W naszym regionie, w którymś z okolicznych miast? Ależ tak! Oczywiście, że tak! Na przykład w Siemianowicach. A dokładnie w Muzeum Miejskim w Siemianowicach Śląskich.

Wchodzimy w inny świat

Wystarczy furtką, obok kapliczki św. Jana Nepomucena, wejść do starego parku. Po lewej stronie ścieżki powoli odzyskuje niegdysiejszą świetność klasycystyczny pałac wraz z bramą wjazdową, dziedzińcem, gazonem, oficynami, domkiem rządcy i domkiem ogrodnika. Nieco dalej – niskie zabudowania miejsko-wiejskie, coś pośredniego między dobrze rozplanowanym robotniczym osiedlem a dostatnimi, zamożnymi dworskimi czworakami.

Wchodzimy w inny świat. Drzewa szumią czasem złowieszczo (listopadowe szarugi, zimowe zawieje), czasem tajemniczo (jesienne wiatry), a czasem po prostu melodyjnie (gdy wiosną zestrajają z dźwięcznym i harmonijnym ptasim śpiewem). Gdzieś obok biegnie droga, pozostałość dawnego traktu, na której w majowe noce można zobaczyć lśniącą karetę powożoną przez szalonego stangreta. Gdy w pędzie rozwiewa się jego czarna peleryna, widać białe kości szkieletu. Ale o tym może następnym razem – przecież dzisiaj szukamy czego innego...

Pozwalamy więc przejechać powozowi z nocy w pustkę, ze wspomnień do wyobraźni, a sami spieszymy do miejsca, w którym szumiące drzewa rzedną, a rozpoczyna się grabowa alejka, spokojna, łagodna, nieco melancholijna. Teraz już tylko wystarczy sforsować ciężkie wrota. Za nimi sień z zawsze chłodną kamienną posadzką i schody, które są trochę jak z bajki, trochę jak z opuszczonej rezydencji, a trochę jak z filmu o duchach – wąskie, kręte, strome i bardzo skrzypiące. Pokonywanie ich wymaga pewnej zręczności i odwagi. Zwłaszcza że wokół półmrok, dziwne cienie, zagadkowe światło i grube mury. Okna zaś są małe i kwadratowe.

Kobieta z głową drapieżnego ptaka

Oto jesteśmy w Muzeum Miejskim w Siemianowicach Śląskich, gdzie odnajdujemy JĄ. Albo też to ONA na nas czeka. Jest niezwykła. Zachwycająca i pociągająca. Prowokacyjna i wytworna. Bezwstydna i szlachetna. Jest doskonała, bo takie są jej kształty, i łaskawa, bo pozwala nam swoje wspaniałe, wprost rubensowskie ciało podziwiać. Jest pełna arystokratycznej godności, książęcej wyniosłości, monarszego prawie majestatu.

A czy jest piękna? Nie wiem, bo Franciszkowi Starowieyskiemu, jej twórcy, podobało się osadzenie na tym królewskim ciele dojrzałej kobiety głowę drapieżnego ptaka. Z niebezpiecznego i złowrogiego gatunku ptaków, które atakują samotnych wędrowców, krążą nad pobojowiskami i pogorzeliskami, wydziobują oczy wisielcom na szubienicach. To daleka krewna harpii, stanowiąca wszakże ich odwrotność – choć przecież nie zaprzeczenie. Bo harpie to drapieżne ptaszyska o twarzach kobiet. Twarzach czasem strasznych, czasem pięknych, a zawsze zadziwiających.

Starowieyski miał prawo czynić wszystko, powoływać do istnienia nowe, dotąd niewidziane gatunki chimer, zjaw, monstrów i demonów. Sam sobie to prawo nadał, a potrafił je realizować i wypełniać ze swobodą i siłą demiurga.

Starowieyski był prawdziwym polskim szlachcicem

Niezwykła to postać. Urodzony 8 lipca 1930 roku w rodzinnym majątku Bratkówka na Podkarpaciu, zmarł 23 lutego 2009 roku w Warszawie. Powiedzieć o Starowieyskim, że był malarzem, rysownikiem, grafikiem, scenografem, autorem zawrotnej niemal liczby plakatów teatralnych i filmowych, to nic nie powiedzieć.

Był wybitnym znawcą dziejów sztuki, miłośnikiem dawnego obyczaju, kolekcjonerem, człowiekiem zakochanym w przedmiotach dziwnych, ciekawych, z historią. Patrzył na nie jak kochanek, czyli z zachwytem, pożądliwością i w oczarowaniu. A potem te swoje zachwyty i oczarowania przetwarzał na zadziwiające kompozycje, urzekające obrazy, zaskakujące formy. Tworzył jakby w nieustannym natchnieniu, a przy tym potrafił łączyć rozgrzane do białości emocje i szalony, romantyczny gest z intelektualną interpretacją. Łączył uczucie z wiedzą o człowieku, jego duszy i jego przeszłości. I – od tego chyba należało zacząć – kochał kobiety. Do tej szlachetnej słabości z rozbrajającą szczerością przyznawał się w swych wspomnieniach i licznych wywiadach.

Niektórzy mówią, że był mistrzem autokreacji. Pewnie tak, ale po pierwsze – autokreacja też jest sztuką, i to wcale niebłahą. A po drugie – i ważniejsze – miał do kreowania siebie wyjątkowe i niepodważalne prawo. Był prawdziwym polskim szlachcicem. Sarmatą przywiązanym do rodzinnych posiadłości, tradycji, przeszłości, obyczaju, herbu i koligacji. I do wsi – do wiejskiego krajobrazu, nastroju, zmienności pór roku. Ten wybitny artysta i subtelny intelektualista często nazywał siebie wieśniakiem. Czyż można lepiej i dobitniej podkreślić intymny, nierozerwalny związek ze swym gniazdem rodzinnym, nawet gdy przestało ono już istnieć w swym właściwym kształcie? 

Człowiek z innej epoki

Dla Starowieyskiego czas się zatrzymał. A raczej to on rozkazał czasowi stanąć. Więcej nawet – cofnąć się do wskazanego, oznaczonego momentu. Do przełomu XVII i XVIII wieku, do najlepszych czasów złotego wieku sarmatyzmu. Że sarmatyzm to żaden złoty wiek? A kto ośmieli się tak mówić, widząc porywające kompozycje Starowieyskiego? Wszystkie są antydatowane – twórca opatrzył je datami z czasów ostatnich królów elekcyjnych, bo sam był człowiekiem z innej epoki – na przekór czasom i historii, na przekór szaleństwom wieku, w którym w istocie przyszło mu żyć.

I dlatego siemianowicka romantyczna, barokowa i sarmacka, zachwycająca i straszna ptasiogłowa Wenus, królewska bogini z dziobem jak żelazny hak, opatrzona jest datą 1691. A tak naprawdę, w prozaicznej rzeczywistości, wielki artysta odwiedził Siemianowice trzysta lat później. Niewiele wiadomo o tej wizycie. Informacje są skąpe, niepewne i fragmentaryczne – chyba był na jakimś plenerze w okolicy i miasto odwiedził przy okazji. Ale był.

W muzeum wisi dzieło mistrza: rubensowskie ciało, lubieżne i zmysłowe, emanujące erotyzmem, kuszące kobiecością, z atrybutem nakazującym dystans i respekt, czyli głową mitologicznego ptaka. W tle światło, które zgodnie z życzeniem twórcy dzieła nazwiemy „pocaravaggiowskim”. I jeszcze coś – gwałtowna, wzburzona, obfita, monumentalna, porywająca materia malarska. Jest szarobrązowa, fioletowoantracytowa, ciemnoperłowa, ugrowochabrowa i czy ja zresztą wiem, jaka jeszcze?

Jak należy ją nazwać i określić w ułomnym języku, który nie jest językiem malarskim? Może to gęste dymy, może Hades, może królestwo nieznanego jeszcze bóstwa zapomnianej mitologii? Może to linia dalekich lasów, zamglony horyzont, ruiny, pamiątki dawnej potęgi? A może to pejzaż śląski? Za taką interpretacją przemawia tytuł dzieła: „Silesia”. 

Silesii nie trzeba się bać

Starowieyski stworzył nową i własną personifikację – a może boginię – śląskiej ziemi. Jest zarazem zachwycająca i straszna, potężna i tajemnicza. Czegoś broni, wiele obiecuje, nakazuje, zakazuje i wymaga. Należy ją podziwiać, czuć wobec niej respekt (nie chcę powiedzieć, że trzeba się jej bać). I trzeba ją kochać. Ta Silesia jest wielką damą. Jest kobietą.

Chcecie poznać to romantyczno-mitologiczne, barokowo-sarmackie, industrialno-surrealistyczne zjawisko, zrodzone z niewyobrażalnie bogatej wyobraźni i równie niewyobrażalnego talentu? Zapraszamy do siemianowickiego muzeum. Nie obawiajcie się półmroku, dziwnego cienia i zagadkowego światła. Ani skrzypiących schodów. Są one dobrym i właściwym tłem do przeżyć, wrażeń i emocji, które budzi potężna i wspaniała Silesia.

*Autorka jest historykiem sztuki, eseistką, poetką, współpracowniczką „Rocznika Muzealnego” Muzeum w Siemianowicach Śląskich