Marco przez pośredniaka szukała osoby, która będzie się zajmowała utrzymaniem czystości. W słuchawce pani z urzędu pracy rzuciła żartobliwie: "Czy wyście tam powariowali? Nie sprzątaczki, ale kierownika chyba szukacie?". Nie chodziło tylko o wynagrodzenie - 2,2 tys. zł na rękę. Anons miał dwie strony litego tekstu. W nim długa lista wymagań, dotycząca wartości w życiu codziennym, umiejętności komunikacji, pracy w zespole i poszanowania godności drugiego człowieka. Ale nie typowy korpobełkot. Widać, że dla pracodawcy to naprawdę miało znaczenie.

Rosyjska ruletka z diabłem

- Jeśli pracodawca patrzy tylko na merytoryczne umiejętności, gra z diabłem w rosyjską ruletkę. Można tylko trzymać kciuki, żeby udało mu się wygrać. Dla mnie to zbyt duże ryzyko. U nas merytoryka jest brana pod uwagę na samym końcu. Liczą się wartości, które wyznaje człowiek, jak traktuje innych i jak potrafi się porozumieć. Po prostu, czy jest dobrym człowiekiem - podkreśla Marek Śliboda, założyciel i szef gliwickiej firmy Marco. Szczupły, wysportowana sylwetka, nie wygląda na swoje 37 lat. Kiedy mówi, jasno i pewnie rysuje swoje racje. Przypomina rasowego polityka albo amerykańskiego kaznodzieję telewizyjnego, których słuchacz od razu "kupuje" i myśli: "tak, właśnie tacy ludzi mają rację". Jedna różnica: Śliboda nie ma misjonarskiego zadufania. Co jakiś czas prosi rozmówcę, żeby wskazał niespójność w tym, co mówi i robi, wytknął błędy. Tego samego wymaga od pracowników. Jak mówi, chodzi o ciągłe uczenie się, doskonalenie i rozwój. Swój i wszystkich w firmie.
Pozostało 86% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.