W maju 1944 roku, w bloku 11 w Auschwitz odbyły się dwa posiedzenia tzw. Standgericht - policyjnego sądu doraźnego. Dziesiątki osób skazano na śmierć, tylko nieliczni trafili do pracy w obozie. Wyroki zapadały błyskawicznie i wykonywane były niemal natychmiast po zakończeniu obrad.

Na czele sądu stał Johannes Thümmler (rocznik 1906), od jesieni 1943 roku szef gestapo w Katowicach. To on podpisał się pod wszystkimi wyrokami. To on - co kilka tygodni - wraz ze swoją świtą przyjeżdżał z Katowic do obozu Auschwitz i celebrował niemal bliźniacze, kolejne, sądowe sesje.

Późną jesienią 1944 roku poszukiwany przez hitlerowców Mikołaj Beljung, żołnierz śląskiego ruchu oporu, dotarł do Wiednia. Zamówił błyskawiczną rozmowę telefoniczną z szefem gestapo w Katowicach i powiedział rozwścieczonemu gestapowcowi, że niebawem role się odwrócą i to on będzie poszukiwany...

Sędzia spod Wodzisławia

Wojna niebawem się skończyła, wielu zbrodniarzy osądzono i skazano, ale nie było wśród nich Thümmlera. W 1948 roku alianci co prawda go internowali, ale po 2,5 roku został zwolniony. Do końca życia były gestapowiec cieszył się wolnością, dożywając ostatnich lat nad urokliwym Jeziorem Bodeńskim.

Znalazło się kilku śmiałków, którzy przypominali jego zbrodnie, opisywali ofiary. Robili wszystko, by jednak trafił za kratki. Jednym z nich był 76-letni obecnie Józef Musioł, były sędzia Sądu Najwyższego, znany prawnik, wiceminister sprawiedliwości, m.in. w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.
Pozostało 89% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.